Krzysztof Górka.Galerie Górskie
MAIN ˇ GALLERY ˇ LINKS ˇ DOWNLOAD ˇ ARTICLESWtorek, Październik 16, 2018
Kamerki
więcej kamerek
 

Ostatnie Artykuły
Wawrzyniec Żuławski ...
Ucieczka z Góry Umar...
"Tatrzańska kapliczk...
"Tatrzańska kapliczk...
"Tatrzańska kapliczk...
Facebook
Soon
Wawrzyniec Żuławski - Zdradziecka pułapka Granatów

Każdy, kto zna trochę Tatry Polskie, kto choćby przyglądał się im z Zakopanego, musiał zwrócić uwagę na wyniosły, trójwierzchołkowy szczyt, leżący na lewo od Kościelca i Koziego Wierchu. Ten szczyt - to Granaty, jeden z najpopularniejszych celów wycieczek turystycznych. Od strony Czarnego Stawu Gąsienicowego przedstawia się on najbardziej okazale. Widać wszystkie trzy jego wierzchołki: kopulastą czubę Skrajnego Granatu, za nią turnię Granatu Pośredniego i cofnięty w głąb najmniej widoczny a najwyższy Zadni Granat (2239 m). Łagodne w górze, częściowo porośnięte trawą północno-zachodnie stoki Granatów obrywają się niżej pionowymi urwiskami, zbiegającymi niemal nad Czarny Staw.



Ten z Czytelników, który przeszedł wierzchołki Granatów, zapewne nie znalazł tam dla siebie zbyt wielkich trudności. Wygodna ścieżka, gęsto usiana znakami, namalowanymi żółtą olejną farbą na białym tle, zaprowadziła go od Czarnego Stawu do stóp skalistej grzędy. Kilka żelaznych klamer ułatwiło przejście stromej ścianki, a dalej znów ścieżka - węższa niż dotąd, ale wciąż wygodna - wywiodła go wkrótce na szczyt Skrajnego Granatu. Orlą Percią, za czerwonymi znakami, w niespełna pół godziny zawędrował bez trudności poprzez Pośredni na Zadni Granat. W zejściu miał jeszcze łatwiejsze zadanie: zielono znaczona ścieżka szybko sprowadziła go przez łagodne piarżyste zbocze na dno Koziej Dolinki.

Owemu Czytelnikowi nie przyszło prawdopodobnie nawet do głowy, że ten łatwy i bezpieczny szlak mógł pochłonąć niejedno już życie ludzkie. A jednak - jeśli szedł tym szlakiem w odwrotnym kierunku, od strony Zadniego Granatu, i stanął na przełączce pomiędzy Pośrednim a Skrajnym - tam gdzie ścieżka gubi się nieco w usypistym drobnym szutrze - być może zawahał się chwilę, szukając dalszej drogi. Zanim ujrzał czerwone znaki, prowadzące w górę na wierzchołek, wzrok jego musiał spocząć na szerokim trawiastym żlebie spadającym w lewo, ku zachodowi.

Żleb ten wprost zaprasza do zejścia. Widać, jak na przestrzeni kilkuset metrów zbiega łagodnie w dół, a gdzieś niżej, gdzie żleb się kończy - błyszczy tafla Czarnego Stawu. Biada jednak turyście, który by zaufał tej drodze i począł nią schodzić. Początkowo istotnie nie napotka żadnych trudności, potem już nieco gorzej, ale wciąż jeszcze będzie mu się dobrze schodziło poprzez niewielkie progi skalne, oddzielające od siebie połogie części trawiasto-piarżystego żlebu. Wreszcie żleb zaczyna się robić bardzo stromy, a na koniec urywa się olbrzymim, przewieszonym kominem. Sto osiemdziesiąt metrów niżej widnieją piargi doliny, a dalej - tak bliski; a jednocześnie tak daleki - Czarny Staw.

Jeśli turysta zdecyduje się nierozsądnie zapuścić w stromą część żlebu - oznacza to, że dostał się w pułapkę. Zsunąwszy się raz i drugi, wylądowawszy na tej lub następnej platformie w żlebie - jeszcze zdrowy, choć mocno podrapany - ma teraz odciętą drogę odwrotu, gdyż ostatnie odcinki, przez które ześliznął się, są już zbyt trudne, by potrafił je pokonać w górę. Komin, który się pod nim rozwiera, jest niemożliwy do zejścia bez długich zjazdów na linie *1. Turysta musi więc teraz wołać o pomoc i czekać cierpliwie, aż Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe wybawi go z tej matni. Próby dalszego schodzenia pionowym urwiskiem mogą przynieść tylko jeden wynik: zmasakrowane zwłoki, leżące na piargu u stóp ściany...

Nie mówię tego gołosłownie. Dnia 23 sierpnia 1911 roku Jan Drege, młody student uniwersytetu w Moskwie, wraz z dwiema siostrami odbywał wycieczkę na Granaty. Idąc od strony Zadniego Granatu na przełączce pomiędzy Pośrednim i Skrajnym zgubił szlak w wieczornym zmroku i począł schodzić owym żlebem w kierunku Czarnego Stawu. W miejscu, w którym żleb stawał się stromy i trudny, Drege polecił siostrom zaczekać, sam zaś udał się na poszukiwanie dalszej drogi zejściowej. Po chwili zniknął im z oczu, próbując, mimo ciemności, sforsować dalszą część żlebu. Gdy żleb zmienił się w pionowy komin, Drege ześliznął się najpierw kilka metrów, potem kilkanaście. Być może udało mu się w ten sposób dotrzeć aż na platformę ponad wielką przewieszką w kominie. Stamtąd lub jeszcze wcześniej nastąpił stumetrowy upadek.

Siostry nie doczekały się powrotu Drege'a... Przenocowały tam, gdzie je zostawił. Były na tyle rozsądne, że rano - mimo niepokoju o los brata (o jego śmierci jeszcze wtedy nie wiedziały) -nie próbowały schodzić, tylko powróciły żlebem na przełęcz i odnalazłszy znaczoną ścieżkę zeszły do Zakopanego po pomoc. Mariusz Zaruski na czele ośmiu ratowników wyruszył natychmiast. Znalazł już tylko zwłoki Drege'a u wylotu komina, który od tego czasu nazwano jego imieniem.



Była to pierwsza śmiertelna ofiara Granatów i owego fatalnego żlebu. Pierwsza, ale nie ostatnia. Złowrogi przypadek zrządził, że już w trzy lata później, w identycznych niemal okolicznościach, rozegrała się tam jedna z najbardziej ponurych tragedii tatrzańskich.

23 lipca 1914 roku trójka turystów podążała Orlą Percią z Koziego Wierchu na Granaty. I znów - jak wtedy, w 1911 roku -był to mężczyzna i dwie kobiety: rodzeństwo, Maria i Bronisław Bandrowscy, oraz ich towarzyszka, Anna Hackbeilówna. I znowu - gdy minęli główny wierzchołek Granatów - na przełęczy pomiędzy Pośrednim a Skrajnym Granatem zgubili ścieżkę i dali się skusić pozornej przystępności górnych partii "żlebu Drege'a".

Rzecz charakterystyczna: Bandrowski znał Tatry i był na wielu szczytach, jednakże chodził tylko dobrze udostępnionymi i znakowanymi szlakami. Z chwilą gdy wszedł w nie znany sobie teren, ze świadomością, że zgubił drogę, natychmiast stracił głowę, wszelką zdolność orientacji, a nawet zdolność wyciągania najprostszych wniosków z sytuacji, w której się znalazł. Powinni się nad tym zastanowić ci, którzy przeszedłszy Zawrat, Orlą Perć i kilka innych ubezpieczonych szlaków tatrzańskich sądzą, że już są samodzielnymi turystami. Tymczasem - wystarczy mgła, niepogoda czy inne nieprzewidziane okoliczności... i samodzielny w swoim mniemaniu turysta staje się zupełnie bezradny.

Losy Bandrowskiego i jego towarzyszek były początkowo identyczne jak grupy Drege'a. Tak samo schodzili żlebem, dopóki był łatwy, ześlizgując się przez niewysokie skalne progi. Gdy doszli do miejsca, w którym rozpoczynają się trudności żlebu, wykazali nieco więcej rozsądku. Postanowili mianowicie przepędzić noc na wygodnej trawiastej platformie, tuż ponad pionowym obrywem komina, a na drugi dzień wzywać pomocy. Minął ranek 24 lipca, minęło południe, turyści zdążający od Czarnego Stawu ścieżką w kierunku Zawratu słyszeli krzyki, ale nie rozumieli ich treści, nie domyślili się, że są to wołania o pomoc. Odpowiadali beztroskim pokrzykiwaniem i szli dalej swoją drogą. Nad życiem nieszczęsnej trójki fatalnie zaciążył brak dyscypliny i znajomości podstawowych zasad górskich, tak często spotykany wśród ludzi chodzących po ścieżkach i szlakach tatrzańskich. W górach bowiem obowiązuje zachowanie ciszy, unikanie wszelkich niepotrzebnych hałasów. Gdy słyszy się wołanie - powinno się mieć pewność, że może to być tylko wezwanie na ratunek. Tymczasem w Tatrach, zwłaszcza w pogodny dzień, krzyki i wrzaski niekulturalnych "zvviedzaczy" szczytów i dolin rozlegają się niemal bez przerwy z wszystkich możliwych stron. Skutkiem tego tylko wprawne ucho ratownika, ucho doświadczonego człowieka gór, może w ogólnej wrzawie wyłowić akcent przerażenia i rozpaczy, jaki cechuje głos wzywający pomocy.

Gdy Bandrowski i j ego towarzyszki upewnili się, że na próżno oczekują ratunku - Hackbeilówna zdecydowała się sama szukać drogi zejściowej i sprowadzić Pogotowie. Zadziwiający jest fakt, że tym trojgu ludziom nie przyszło do głowy wrócić żlebem w górę na przełęcz i spokojnie odnaleźć zgubioną ścieżkę.

Koleje losu Hackbeilówny są niezupełnie nam znane. Wiemy tylko, że już w sąsiednim żlebie, do którego dostała się próbując przetrawersować ku północy, w kierunku Żółtej Turni - nastąpiła katastrofa. Sto, a może nieco więcej metrów upadku - i ciało turystki legło martwe u stóp ściany Granatów.

Dwoje pozostałych - brat i siostra - na próżno oczekiwali pomocy. Tak przeszła druga noc, spędzona w tym samym miejscu. Rozpoczął się trzeci dzień powolnego konania. Stopniowo przestawali liczyć na ratunek. Niepewna pogoda, a jeszcze bardziej panika wojenna, która w międzyczasie wybuchła (było to na parę dni przed pierwszą wojną światową), sprawiły, że góry stały się nagle puste. Pozostawało wierzyć, że Hackbeilównie udało się dotrzeć do Zakopanego i zaalarmować Pogotowie. Od jej odejścia minęła już jednak cała doba i więcej - a ekspedycja ratunkowa nie nadchodziła.

Bandrowskiega nurtował coraz większy niepokój, coraz bardziej nabierał przekonania, że stało się nieszczęście. Prześladowała go myśl, że to on jest odpowiedzialny za sytuację, w której się znaleźli, że on jest także sprawcą śmierci Hackbeilówny. Począł się głośno obwiniać, tracił resztki panowania nad sobą, trawiła go gorączka, był chory, moralnie zdruzgotany. Wreszcie - wśród majaczeń zjawiła się uporczywa myśl o samobójstwie. Tak minęła trzecia noc, czwarty dzień i znów jeszcze jedna noc.

Trudno sobie odtworzyć ogrom cierpień tych dwojga ludzi. Uwięzieni na trawiastej platformie pod skalnym załomem, pozbawieni już od dawna skromnych, wycieczkowych zapasów żywności, pozbawieni cieplejszego ubrania, dręczeni deszczem pomieszanym ze śniegiem, dręczeni nocnymi przymrozkami trwali przez nieskończenie długie godziny i dni bez żadnej nadziei ratunku. O wydostaniu się ze śmiertelnej pułapki nawet już nie myśleli, choć nie nasuwający większych trudności terenowych powrót w górę do ścieżki był - mimo wyczerpania sił - jeszcze i teraz możliwy.

W tych warunkach budzi głęboki szacunek postawa Marii Bandrowskiej, która - jedyna z całej trójki - do końca zachowała spokój i opanowanie. Pocieszała brata, jak tylko się dało, odwodziła go nieustannie od samobójczych myśli, chwilami - gdy majacząc chciał się rzucić w przepaść - musiała z nim walczyć i siłą powstrzymywać go od spełnienia tego strasznego zamiaru.

Piątego dnia rano, już prawie nieprzytomni, powzięli desperacką decyzję: z rzemiennych pasków i plecaków sporządzili coś w rodzaju liny i poczęli schodzić w dół...

W kominie parokrotnie spadali jedno na drugie, po kilka i więcej metrów. Szczęśliwym trafem nie zginęli oboje - za każdym razem udawało im się jakoś zatrzymać. Tak doszli do platformy ponad wielką przewieszką w kominie. Pułapka zamknęła się definitywnie. Pod nimi rozwierała się stumetrowa głębia, nad nimi wznosiły się przewieszone skały, z których przed chwilą zsunęli się.

Było to 27 lipca 1914 roku o godzinie siódmej rano. Leżąc na mokrej, ciasnej, silnie nachylonej ku przepaści platformie - być może tej samej, z której spadł Drege - brat i siostra wiedzieli, że są to ostatnie godziny ich życia. O pierwszej po południu Bandrowski rzucił się w przepaść, nie mogąc dłużej wytrzymać tych tortur fizycznych i moralnych. Maria Bandrowska pozostała sama.

O siódmej wieczór - gdy począł zapadać zmrok - zrozumiała, że nocy, która nadchodzi, nie będzie już w stanie przetrzymać. Postanowiła pójść za bratem.

Uniosła się z lekka do pozycji siedzącej, zaparła ręką o ścianę komina i wahadłowym ruchem w tył i naprzód poczęła się zsuwać po nachylonej płycie platformy.


*

Gdy nieobecność rodzeństwa Bandrowskich i Hackbeilówny przedłużała się, zwrócono na to wreszcie - po czterech dniach - uwagę w Zakopanem, w pensjonacie, w którym mieszkali, i dano znać do Pogotowia. Cóż, kiedy kierownictwo pensjonatu nie umiało powiedzieć nic więcej, prócz tego, że owi turyści wyszli w góry 23 lipca na jednodniową wycieczkę i dotychczas jeszcze nie wrócili. Zdumiewająca doprawdy obojętność i bezmyślność!

Doświadczony ratownik, jakim był Zaruski nie mógł mieć żadnych wątpliwości, że tylko jakiś poważny wypadek spowodował tak długą nieobecność ludzi, których ekwipunek i zapasy obliczone były na kilkunastogodzinną zaledwie wycieczkę. Gdzież jednak miał skierować wyprawę ratunkową, nie mając żadnych danych. co do trasy obranej przez grupę Bandrowskiego? Widać z tego, jak ważną sprawą jest pozostawienie w pensjonacie i w schroniskach dokładnych informacji o projektowanym szlaku wycieczki turystycznej czy taternickiej. Gdyby ów pensjonat podniósł alarm: we właściwym czasie - tj. już na drugi dzień po wyjściu Bandrowskich - jest więcej niż prawdopodobne, że udałoby się ocalić całą trójkę.

Od wczesnego ranka 27 lipca ekipa ratunkowa była przygotowana do wymarszu. Zaruski próbował tymczasem natrafić na jakiś ślad zaginionych, wypytując turystów, którzy w ostatnich dniach byli w górach, telefonując do schronisk po polskiej i słowackiej (ówczesnej węgierskiej) stronie. Wreszcie w godzinach popołudniowych - a więc w momencie gdy Bandrowski już nie żył - udało się Zaruskiemu ustalić, że poszukiwani turyści mieli zamiar wyjść na Granaty i wrócić tego samego dnia do Zakopanego.

Masyw Granatów jest rozległy, rozłożysty, wiele w nim możliwości zabłądzenia, wiele stromych ścian i podciętych żlebów. Jednakże pierwszą myślą Zaruskiego był "komin Drege'a", miejsce, które bardziej niż jakiekolwiek inne tworzy naturalną pułapkę górską dla niedoświadczonych.

Było już blisko siódmej wieczór, gdy wyprawa Pogotowia dotarła do Czarnego Stawu Gąsienicowego. Tam, w miejscu skąd najlepiej widać ściany Granatów, zatrzymano się i poszły w ruch lornetki.

Długi czas lornetowanie nie dawało wyniku. Choć słońce oświetlało jeszcze szczyty, w niższych partiach panował już mrok. Kominy i żleby tonęły w wieczornym zmierzchu. Trudno w takim oświetleniu odróżnić od skalistego i trawiastego otoczenia drobny, nieruchomy punkcik, jaki tworzy ciało człowieka w ścianie. Już ekspedycja miała ruszyć dalej, gdy przewodnik Staszek Gąsienica-Byrcyn dostrzegł postać ludzką na platformie w połowie wysokości "komina Drege'a".

Po chwili zobaczył ją Zaruski i inni. W pozycji półsiedzącej, z nogami wiszącymi w powietrzu, jedną ręką wspierała się o ściankę komina, wykonując niezrozumiałe dla ratowników ruchy w tył i naprzód. Wiemy już, że te wahadłowe ruchy ułatwiały Marii Bandrowskiej - bo ona to była - ześlizgiwanie się po płycie skalnej ku przepaści. Po pięciu dniach daremnego wyczekiwania pomocy, po utracie towarzyszki, po dokonanym na jej oczach samobójstwie brata - znajdowała się u kresu odporności nerwowej. Otchłań, w której leżały potrzaskane zwłoki, ciągnęła ku sobie z niezwalczoną siłą. Teraz już połową ciała zawisła nad przepaścią. Jeszcze ułamki sekund i ściany Granatów pochłoną nową ofiarę...

Zaruski przyłożył do ust trąbkę sygnałową *2, zatrąbił kilkakrotnie, a potem krzyknął wolno i dobitnie:
- Czekać spokojnie! Idziemy!

Wahadłowe ruchy ustały. Bandrowska usłyszała sygnały, zrozumiała je. Pomoc nadchodzi. Opadła bezwładnie na płytę platformy.

W zapadającym zmroku wyprawa ruszyła w górę ścieżką na Granaty. Rozpoczęła się walka o życie oczekującej ratunku turystki. Walka trudna, prawie beznadziejna. Akcja w nie zdobytym podówczas "kominie Drege'a" była niebezpieczna nawet w dzień. W ciemności akcja taka stawała się prawie szaleństwem.

Na wysokości górnej krawędzi urwisk Granatów, tam gdzie ściana traci już na stromości, ratownicy opuścili ścieżkę i poczęli trawersować w prawo. Wkrótce znaleźli się na trawiastej platformie tuż ponad obrywem "komina Drege'a", w miejscu, w którym Bandrowscy spędzili kilka dni oczekiwania i skąd rozpoczęli swą ostatnią drogę. Gdy uczestnicy wyprawy stanęli na platformie - było już zupełnie ciemno.

Jak tyle razy przedtem i tyle razy później, Tatrzańskie Pogotowie wykazało bezgraniczną ofiarność i poświęcenie. Podziwiać dziś należy desperacką niemal śmiałość decyzji przeprowadzenia działań ratunkowych w ciemnościach nocy. Ratownicy zdawali sobie jednak sprawę, że czekanie świtu byłoby dla Bandrowskiej równoznaczne z wyrokiem śmierci.

Gdy uczestnicy wyprawy zeszli dnem komina nad skraj przepaści, część z nich pozostała, by asekurować towarzyszy, a Zaruski i przewodnik Jędrzej Marusarz z latarkami w zębach poczęli zjeżdżać na linach w głąb czarnej pustki.

Zejście trwało długo. Trzeba było dowiązywać po drodze zapasowe liny, trzeba było ostrożnymi ruchami wyszukiwać po ciemku chwyty i stopnie, trzeba było wytężyć wszystkie siły mięśni i woli, by schodzić w dół, i to schodzić ze świadomością, że jednym nieostrożnym ruchem rzucony kamień może śmiertelnie ugodzić leżącą poniżej turystkę.

Wstrząsające wrażenie wywarł na Zaruskim moment, gdy dojechał wreszcie do platformy w kominie i zobaczył Bandrowską. Lażała na samej krawędzi, nieomal zwisając nad otchłanią. Gdy stanął przy niej na skraju platformy, usłyszał szept:
- Ostrożnie, tam przepaść.

Zaruski zjechał jeszcze nieco niżej, by własnym ciałem odgrodzić nieszczęśliwą od przepaści. Końcem zapasowej liny obwiązał ją wpół. Była uratowana...


*

Dzieje złowrogiego żlebu nie skończyły się na tym. Jego ściany oglądały w późniejszych czasach jeszcze nieraz ratowników Pogotowia poszukujących zaginionych turystów - żywych lub umarłych. Niedawno "żleb Drege'a" znów przypomniał o swym istnieniu.

8 sierpnia 1954 roku młoda, osiemnastoletnia studentka, Joanna Stencówna, wybrała się samotnie z Zakopanego na Zawrat i Orlą Percią poprzez Kozi Wierch - na Granaty. Zaufała widać dostępności dobrze ubezpieczonej ścieżki, zaufała szybkości swych młodych nóg, bo wybrała się na wycieczkę bardzo późno. Dopiero o czwartej po południu spotkano ją na Małym Kozim Wierchu. Nie przejmując się tym, że już za jakieś trzy godziny zapadną ciemności, postanowiła zamierzoną wycieczkę doprowadzić do końca.




Rezultat był z góry do przewidzenia. Tak jak Drege'owie i Bandrowscy znalazłszy się na przełęczy pomiędzy Pośrednim i Skrajnym Granatem zgubiła po ciemku ścieżkę i poczęła schodzić zdradliwym żlebem w dół.

Gdyby znalazła się tam nieco wcześniej - godzinę, pół godziny - spotkałaby się z partią taterników, którzy tego dnia wspinali się w górę "kominem Drege'a" i dość późno ukończywszy trudną część drogi dopiero o zmierzchu znaleźli się w górnych partiach żlebu. Wtedy jednakże, gdy lekkomyślna studentka rozpoczęła swą drogę ku śmierci, było już w górach pusto i cicho, nie znalazł się nikt, kto by ją mógł przestrzec, powstrzymać...

Następnego dnia, zanim jeszcze Pogotowie rozpoczęło poszukiwania, grupa taterników wspinających się północno-zachodnią ścianą Granatów dostrzegła u wylotu komina jej ciało - zmiażdżone, roztrzaskane o skały.
----------------
*1 - W wejściu komin ten stanowi wspinaczkę w niektórych partiach skrajnie trudną; pokonany został po raz pierwszy dopiero w r. 1938 przez Wandę Heniszównę, Zofię Radwańską i Tadeusza Orłowskiego.
*2 - Obecnie TOPR używa do sygnalizacji gwizdków.

Opowiadanie pochodzi z książki Wawrzyńca Żuławskiego "Tragedie tatrzańskie"
Š Instytut Wydawniczy "Nasza Księgarnia", Warszawa 1958
Komentarze
Hale dnia 11/27/2012 13:53
fake watches for sale online
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Statystyki strony

 

free counters
Menu
Menu rozwijane pionowe - demo
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Katalogi
Polskie góry    
Katalog z linkami bezpośrednimi    
Katalog stron    
   
Ranking stron    
Krzysztof Górka.Galerie Górskie  
katalog stron  
 
Bezpłatny katalog stron internetowych  
Blueweb.pl  
opony - tanie opony  
Katalog Stron www
 
 
Najlepsze górskie strony
 
 
katalog stron
 
Pozycjonowanie  
 
Tekst
webmasterzy.toplista.org
 
 
   
Krzysztof Górka.Galerie Górskie
 
Krzysztof Górka - galerie górskie  
Generator meta tagów
   
Krzysztof Górka.Galerie Górskie
   
Krzysztof Górka.Galerie Górskie
   
Krzysztof Górka.Galerie Górskie
   
Katalog Stron www
   
   
web stats stat24
   
Katalog stron
    Meta Tags Generator - AddMe
    Search Engine Submission - AddMe     nbsp;META NAME=br
Witam na www.gurasmountains.dbv.pl
font size=

351032 Unikalnych wizyt

PHP-Fusion v6.01.6 © 2003-2005


Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | okazjanazakupy.pl